Jakiś czas temu, podczas jednej z moich pierwszych wizyt w świątyni pewien bhakta wypowiedział słowa które teraz nabrały dla mnie dużego znaczenia…
Przebywając w świątyni w towarzystwie bhaktów czułam namiastkę świata duchowego. Ze względu na spokój, ciszę, transcententalną atmosferę i pozytywne uczucia przepływające pomiędzy osobami… Wychodząc na przystanek zawsze bardzo ciężko znosiłam ten przeskok z tych sprzyjających warunków do świata w którym dominuje zazdrość, żądza i skłonność do używek. Ludzie wydawali mi się tacy słabi a jednocześnie ordynarni i pogrążeni w swoim szleństwie… Podczas jednego z takich powrotów złapałam natychmiastowego doła, zaraz po przekroczeniu progu świątyni. Jeden z bhaktów, zauważywszy moją zmianę nastroju zapytał dlaczego się smucę, nie odzywam i sprawiam wrazenie przybitej. Nie miałam wtedy ochoty tłumaczyć się…wybąknełam tylko, że mam jakieś problemy a wszyskie bliskie osoby wyjechały na weekned. Jego reakcja była natychmiastowa: “Przecież masz nas”. Pomyślałam wtedy: o co mu chodzi? Przeciez w ogóle się nie znamy, nie mamy pojęcia o swoim życiu. Jak mogłabym się otworzyć przed kimś, z kim zamieniłam dwa zdania…?
Z perspektywy czasu widzę, że nie ma znaczenia czy znam kogoś tydzień, rok, czy 10 lat. W towarzystwie bhaktów te wartości nie są najważniejsze… Najistotniejsze jest, że każdy z nas stoi na tych samych fundamentach: każdy uczy się miłości do Kryszny i stara się podążać ściężką bhakti-jogi. W takich warunkach serce otwiera się niczym kwiat lotosu, pod wpływem pierwszych promieni słonecznych…
Dziękuje wszystkim bhaktom za ich towarzystwo, mnóstwo inspiracji i radośći w drodze do Kryszny, do domu…
Przyjmijcie prosze, moje pełne szacunku pokłony!
PS. Tak naprawdę nie wiem, czy kwiat lotosu otwiera się o poranku. Ale miejmy nadzieję, że tak :)